O mnie:

Jestem mamą dwójki wspaniałych dzieci.Do niedawna byłam samotną mamą z milionem problemów i endometriozą.W końcu na mojej drodze stanęła miłość mojego życia.Układamy nasze życie na nowo z niepłodnością w roli głównej....Moje życie pełne jest ironii i iracjonalnych sytuacji.Nie poddaję się i staram się walczyć,uporać z życiem i zmorą niepłodności.
Po wygranej walce w procedurze In Vitro na nowo cieszę się urokami macierzyństwa.Nie zawsze jest łatwo,ale dla każdego uśmiechu moich dzieci warto jest ponieść największy trud

Maj 2017
P W Ś C P S N
« cze    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 176543
  • Dzisiaj wizyt: 62
  • Wszystkich komentarzy: 300

strach

Znasz to uczucie kiedy miękną ci kolana

Dziś to przyszło, bo gdzieś w szpitalu zgubili.Do teraz nie potrafię się pozbierać,chce mi się płakać i krzyczeć.Nie umiem zrozumieć i okropnie boję się.Co będzie dalej? Jak długo będzie dobrze?

Mój syn ma zdiagnozowany torbiel przestrzeni przezroczystej i jamy Vergi,aż 16mm…
Przeglądam cd z rezonansu,znajduje na zdjęcia.Jak byk jest.Czytam od paru godzin w internecie i chcąc,nie chcąc muszę pogodzić się z prawdą.Odpowiedzi na pytania dotyczące mojego syna nagle się pojawiają.Nikt nie mógł dojść do tego,a tylko tyle trzeba było zrobić.Tak bardzo się o Niego boję.Podjęliśmy decyzję z mężem że nic nie powiemy synowi.To dopiero 10cio latek. Niepotrzebuje torbiela w swoim świecie.My również go nie potrzebujemy,nie chcemy. Co będzie z operacją?

Źle i smutno a do tego groźnie

Witajcie,ogromnie Was przeprasza  za nieobecność.Jest sparawa która ostatnio pochłania mnie niemal całkowicie…Za długo był spokój i szczęście.
Nareszcie zdiagnozowano mojego starszego syna.Słowa lekarza zabrzmiały jak wyrok-naczyniak (wewnątrz jamy ustnej) pilnie potrzebna operacja.A mi ugieły się nogi i zmiękły kolana gdy wysłuchałam lekarza do końca.Okropne słowo „ryzyko” wpisało się w mojego słownika i straszy swym brzmieniem na każdym kroku.A to zła lokalizacja, bo biegnie g
łówny nerw,a to bardzo duża żyła i wielki krwotok,a to możliwość kolejnego naczyniaka w mózgu.A to wszystko w ciele małego 10-ci o letniego chłopca.Tak wygląda z pozoru błacha sprawa i operacja…z pozoru.
Załatwiam na szybko wszystkie badania i dopinam wszystkie terminy.
Wszystko opiszę i wytłumaczę,tylko otrząsnę się do końca ,bo czuję się jak w złym śnie.

Mastopatia

Najmocniej muszę wszystkich przeprosić za tą ostatnia ciszę.Wielkimi krokami zbliża sie I komunia mojego syna i tym samym,pochłonięta jestem przygotowaniami i organizacja przyjęcia. Liwinka bacznie wszystko obserwuje i nadzoruje,pokrzykująć bądź piszcząc ze swojego fotelika.Malutka poczyniła wielkie sukcesy w tym miesiącu,pełza śmiało po cały domu,niekiedy nawet raczkuj.Jednak najchętniej ćwiczy wstawanie i siadanie.Siadanie z pozycji „na brzuszku” ma już opanowane,teraz zaczyna siadać z klęku.Prowadzona za rączki ,zaczyna stawiać swoje pierwsze kroczki.Wyrosły już 2 ząbki.Bawi sie w kosi-łapci.Łobuziara zrobiła się z  Niej okropna,ulubioną zabawą jest ostatnio wyrzucanie zabawek i czekanie aż ktoś poda z powrotem zabawke.Śmieje się przy tym do rozpuku.Najwięcej jednak radości mam z powtarzania.Córcia zaczyna „łapać” pojedyńcze słowa,gaworzy po swojemu mama,mimima,didi,baba,papa,tata,yba i wiele innych.A ja czuję,jak moje serce rośnie ze szczęścia.

I stało się…po tym wszystkim co mnie spotkało w przeszłości ośmieliłam się pomyśleć,że jestem szczęśliwa,a licho które chwilowo zgubiłam,obudziło się…W poprzedni poniedziałek miałam kontrolę w przychodni chorób piersi,standartowa kontrola myslałam.Jakże się pomyliłam.Lekarka odrazu wyczuła zmiany i oznajmiła mi,iż mam tzw.zmiany mastopatyczne.O mało nie spadłam ze stołka z wrażenia.Byłam przekinana,że zmiany które ja sama odkryłam spowodowane są laktacją.Lekarka szybko mnie uspokoiła ale podkreśliła,że trzeba szybko sprawdzić czy aby na pewno jest to zmiana łagodna.Tym bardziej,że 6 miesięcy temu miałam robione usg (sonomammografia) które nic nie wykazało a tu taka informacja.Biorąc jeszcze pod uwagę wcześniejszy nowotwór,naprawdę boję się.Naczytałam się wujka googla wszerz i wzdłuż,niby tr0chę uspokoiłam się ale jednak myśl o mastopati powraca jak echo.Zastanawia mnie,czy faktycznie w ciągu 6msc. mogło rozwinąć się coś takiego? Boje się wszelkich takich zmian,obawiam się ,że podczas poprzedniego badania doktorka z usg mogła nie zauważyć czegoś i rozwija mi się nowotwór.Może w czyiś oczach wyglądać będe jak panikara,jednak  ktoś,kto już raz usłyszał słowa,że ma nowotwór i nie wiadomo ile ma czasu zmieniają wszystko.Dosłownie…Czułam ostatnio,że nasze życie zrobiło się za piękne,kochamy się,wspieramy,nasze marzenia spełniły się.A w świecie musi być równowaga,która teraz daje o sobie znać.Nie tracąć więcej cennego czasu zarejestrowałam się do jednego z lepszych lekarzy z zakresu usg/onkologi (przeraż mnie to słowo) i cierpliwie czekam na termin (6.05.2015) Może,jakoś uda mi się wyrzucić z głowy ta okropną myśl?

Płukanie kanalika cz.3

Ciężki dzień,pod każdym względem.Od samego rana byłam niespokojna i pełna obaw.W drodze na oddział szpitalny czułam,że idę na miękkich kolanach.Przyjął nas ordynator okulistyki i tu zaczyna być „wesoło”.Zamiast zacząć od wywiadu to na dzień dobry wyskoczył do nas z pretensjami,że dziecko jest…za duże i po co w ogóle przyszliśmy.Szczęka opadła mi do kostek,buc jeden nawet nie zapytał o wiek naszej córci tylko od razu wyskoczył z osądem.Poinformowaliśmy go o wieku Olli (6msc) i jakoś tak dziwnie zaczął się jaj przyglądać.Po „wywiadzie” wyskoczył do nas z pretensjami,że takie zabiegi robi się jak dziecko skończy 3 msc a nie teraz ma 6 i dlaczego przychodzimy w tym momencie.Opowiedziałam szanownemu ordynatorowi całą historii od początku,jak to,w momencie ukończenie przez Oliwię 3 miesięcy chciał nas odprawić z kwitkiem i odesłać za 3 miesiące bo córcia jest…za mała.Póżniej z łaską „zrobił” zabieg płukania jednego,prawego oczka.A teraz? Kiedy go słuchałam,miałam wrażenie że chyba mam przesłyszenia.Mąż też się zdenerwował i pytał lekarza „…to jak to w końcu jest? Jeden lekarz mówi tak a drugi tak?…” Przecież cały czas stosujemy się do zaleceń okulisty.Uwielbiam sytuacje,kiedy ktoś próbuje zrobić z nas głupich.Na szczęście pan ordynator był tak łaskaw,że skoro już przyszliśmy to łaskawie przepłukać kanaliki córci.Zgroza,miałam ochotę zdzielić go w łeb kartoteką.Na sali zabiegowej nawet nie potrafił prawidłowo przeczytać daty poprzedniej wizyty,znowu wmawiając nam,że przyszliśmy w pażdzierniku a nie w listopadzie.Miesiąc czasu przecież nie stanowi różnicy…Jednak nic nie przebije reakcji lekarza,kiedy odkrył,że to on sam wykonywał zabieg płukania kanalika u naszej Olli.Poczułam się jak w jakiejś tragikomedii,brak słów,wstyd.No al ordynator też człowiek.
Nie da się opisać żadnymi słowami uczuć,które targają matkom słyszącą płacz swojego dziecka i wiedzą,że nie można temu zapobiec.W myślach WMAWIAM sobie że to da jej dobra i zdrowia,że tak trzeba,że nie ma innego wyjścia.A w sercu czuję coś innego,słyszę ten rozdzierający płacz i mam ochotę sforsować drzwi i wyrwać moją maleńką córeczkę z łap tego konowała.Z jej łzami ja również płaczę,wciskam głowę w ramię męża i wbijam Mu paznokcie w rękę w za mocnym uścisku pełnym nerwów.Powtarzam sobie w myślach „Boże niech się to już skończy!” „do jasnej …niech już będzie koniec” czuje,że czas zatrzymał się.Nic tylko płacz,tak okropny,rozpaczliwy,rozdzierający a ja czuję się jak najgorsza osoba na świecie,bo znowu musiałam tu wrócić z córką.W końcu pielęgniarka oddała mi córeńkę,taką skuloną,zapłakaną z krwawiącym noskiem.Nogi się podemną ugieły.W jednej chwili miałam ochotę wymordować wszystkich w białych kitlach.Ironią w całej sytuacji jest fakt,że ordynator nie wie czy udało mu się przepłukać kanaliki.”Zrobił” oba kanaliki,górny i dolny,spytałam go czy w takim razie były aż tak mocno zatkane a on to skwitował „a co?przecież ja tam nic nie widzę”… Nie mam słów,autentycznie,rozważam napisanie skargi ale co mi to da?Trzeba cieszyć się życiem i wspaniałemu traktowaniu ludzi w NFZ.
Teraz pozostaje mi nic innego,jak zakrapiać biedne oczko,masować i modlić się aby WRESZCIE płukanie poskutkowało.Naprawdę,nigdy,nikomu,nie życzę aby przechodził tak okropny zabieg.Dość żlego na dziś-limit się wyczerpał…

Wieści z frontu

W końcu udało mi się znaleść dosłownie chwilę na wpis…ostatnio coraz ciężej z wolnym czasem.Oliwia jest drażliwa,płaczliwa i…nadal bezzębna :(  Próbowałam już wszystkiego na dziąsełka i autentycznie nic nie działa a ja oficialnie mówię „poddaje się” Ząbki są już widoczne ale nie chcą się przebić,masuje,smaruje,daje syropki wszelakiej maści i guzik.Na szczęście Olli zaczęła spać normalnie w nocy,za to,postanowiła wyżywać się na mnie w ciągu dnia.Śpi może góra 10-15minut.Jeśli chodzi o bioderka,to na szczęście stawy wreszcie postanowiły dojrzeć i tym samym powoli i delikatnie uczymy się siedzenia,a właściwie podciągania do siadu.Na wszystko jest czas,więc bez pośpiechu.Szczepienie przestawione na 10.02 choć najchętniej zrezygnowałam bym z nich…
Z dobrych rzeczy,Olli skończyła już 6 miesiąc życia,rośnie wzdłuż i wszerz,lubi jeść kaszki i grysik,najlepiej z syropem malinowym.Uczymy maleńką pić z kubeczka nie kapka,jeść łyżeczką.Małpka mała konsekwentnie zamyka buzię na kłódkę na widok łyżeczki.
Jutro czeka nas okropny dzień,miałam ogromną nadzieję,że unikniemy tej wizyt.Płukanie kanalika po raz…3…nogi mi miękną na samą myśl.Masowałam prawie non stop,normalnie,z okładem na ciepło,z kremem,z kroplami do oka i nic.Ropa leci na potęgę skutecznie zaklejając całe lewe oczko.Mam nadzieje,że nie będzie tak żle jutro i Oliwia w miarę gładko to przejdzie.Mam wrażenie,że okłamuję samą siebie.Trzymajcie kciuki aby już nigdy więcej nie trzeba było powtarzać tego strasznego zabiegu.

Nie samo czekanie jest najgorsze ale to,co sobie wtedy wyobrażasz (Arturo Perez-Reverte)

Podobno od czekania rdzewieje dusza,tak przynajmniej twierdzi Carlos Ruiz Zafón ja z kolei uzbrajam się w coraz czarniejsze myśli.Odczuwam frustrację,która z każdym dniem jest silniejsza.Zmęczenie i opuchlizna starają się mnie całkowicie wykończyć…
40 tygodni właśnie mineło i…nic! Nic się nie dzieje,ogólnie całkiem dobrze się czuję wyłanczjąc powyższe rzeczy.Nie ma bólu brzucha,skurczy,napinania,stawiania,nic się nie dzieje.
Żadna prowokacja nie działa.Ani stymulacja,ani laktator ani mąż nie daje rady a ja już naprawdę ma dość.Nie pamiętam,kiedy był mi tak ciężko,problem mam nawet usiąść w odpowiedniej pozycji bądż wstać.Jak pokraka czuję się.W niedzielę pierwszy raz w tym roku udało się nam wybrać na basem.Najpierw przeżywałam traumę widząć same laski dookoła a ja… wieloryb…i mój przyjaciel cellulit…Hormony podziałały i skończyło się płaczem.Nie poznaję swojego zachowania i wspłczuję mężowi,że musi to wszystko znosić.Jednak po długich namowach i przekonywaniach,że super wyglądam (co za kłamca!) pozwoliłam się zaciągnąć do wody.To było najlepsze co mnie spotkało od prawie 5miesięcy,rozkoszna ulga,lekkość jak piórko.Uwielbiam wodę i nie wychodziłam z niej prawie 2h.Cieszyłam się jak dziecko,że mogę się swobodnie poruszać,nic mnie nie boli.A pływanie?Miodzio!Żałuję,że wcześńiej nie wolno mi było pływać i szczerze polecam każdej brzemiennej kobiecie.
Niestety wczorajsza wizyta,tym razem ostatnia,pokazał że szyjka w ogóle nie skraca się,brak czynności skurczowej.Doktor napisał mi skierowanie do szpitala,niestety zgołsić się mogę dopiero w przyszły wtorek (29.07) czyli w 41tc.na indukcję porodu.Najprawdopodobniej nie urodzę do tego terminu więc staram się oswoić z perspektywą wywołania pordu.Nie będę ukrywać,że boję się jak cholera.Dzikie myśli chodzą mi po głowie,odpędzam je jak tylko mogę ale one wracają ze zdwojoną siła.Jestem zmęczona psychicznie tym wszytkim.Zastanawiam się nad prywatną cesarką,ale lekarze którzy się mną zajmowali twierdzą,że nie mam żadnych wskazań  do niej a ja panicznie boje się,że przez to czekanie stanie się coś złego.Tak bardzo chciałąm bym być już po i przytulić malutką do serca.Co chwilę głaskam się po brzuchu aby czuć czy u Niej wszystko w prządku i jest bzpieczna.Ciekawe ile to jeszcze potrwa?Dziś niby mam termin a porodu nic nie zapowiada :(

Ile jeszcze???

38 Tydzień dobiega końca i nadal nic… W poniedziałek miałam kontrolę,najprawdopodobniej ostatnią.Malutka przybiera na wadze i możliwe,że osiągnie wagę 3,500.Jednak zobaczymy jak to będzie,bo różnie to bywa z pomiarami usg.Mam ostatnie L4 i cały plik papierów do macierzyńskiego,jednak narazie nie wypełniam ich.Na urlop przechodzę w dniu porodu,który mam ogromną nadzieję nastąpi lada chwila.Nie będę ukrywać,czuję się fatalnie.Słaba,zmęczona,rozdrażniona.Od ponad tygodnia non-stop boli mnie brzuch,nieustannie napina się i stawia.Z każdym dniem mocniej ale nic więcej się nie klaruje :( Męczy mnie to okropnie i naprawdę chciałam bym być już „po”.Mąż doczekać się nie może i gdy tylko do Niego dzwonie,wita mnie hasłem „Jedziemy?” Wszystko gotowe,naszykowane,torba,ubranka i cała reszta.Jak na ironię,skurcze które męczyły mnie od 30tc.teraz są bardzo sporadyczne.Odstawiłam  wszystkie leki na podtrzymanie,nawet magnez i nic…Będę śmiać się do rozpuku jak jeszcze przenosze ciążę i wyląduje na wywołaniu.W sumie do terminu pozostało niby 11 dni.
Z każdym dniem dopadają mnie coraz gorsze myśli o komplikacjach porodowych,boję się też,że ktoś coś przeoczył i dzieciątko będzie chore.Popadam w lekką paranoję,brakuje mi zajęcia stąd głupie myśli.Niestety,kiedy patrzę na męża i syna,widzę w Ich oczach jak wyczekują malutkiej to umieram ze starchu o Jej zdrowie.Tak bardzo pragnę aby wszystko było dobrze.Jak na przekór,muszę teraz trafiać na same okropne wiadomości o maluszkach,tragediach w szpitalach,Chanzanie i całym innym świństwie.Chyba wyłącze internet do czasu jak nie wrócę z porodówki…

Po szpitalu

Jestem w domu,leżę w łóżku i odpoczywam.Cieszę się wszystkim co mam dookoła i staram się myśleć o czymś pozytywnym.Zaskakujące ile frajdy sprawia mi leżenie we własnym łózku i słuchanie dszczu za okenm.
W sobotę nie było tak różówo,dzień zaczął się bólem podbrzusza.W sumie bół identyczny jak codzień temu nie zwracałam uwagi na niego.Jednak po 2-giej tebletce nospy forte nie przechodził.Ok godz.15 zaczeła się biegunka,początkowo normalna a pózniej coraz bardziej uporczywa i bolesna.Słabłam z każdą chwilą.Po 18 zaczeły się wymioty i coś mi zaczeło nie pasować,zmierzyłam ciśnienie…145/110 nieuwierzyłam.Zmierzyłam jeszcze 3 razy.Odrazu padło hasło jedziemy do szpitala.Moje „zwykłe” ciśnienie wynosi 90/80 max.110/90 nigdy nie jest takie wysokie.w drodze do szpitala nie wytrzymałam i z głową wystawioną za okno wymiotowałam.Boże jaki wielki wstyd nie do opisania…Kręciło mi się w głowie a przed oczami miałam mroczki.Kiedy dojechaliśmy na miejsce już nie kojarzyłam co się dzieje,pamiętam,że zdążłam powiedzieć mężowi że jest gorzej i chyba nie dojdę na oddział.Ocknełam się już na połóżnictwie,mam taki przebłysk jak jestem w gabincie i jakaś kobieta pyta się mnie co się dzieje a ja z największym wysiłkiem jakby na spowolnionych obrotach słyszę ją i staram się odpowiedzieć ale nie wiem co mówię.Okropne uczucie.Mierzono mi ciśnienie i podano 2 tabltki pod język.Znowu urwany film.Obudziły mnie mocne wymioty i straszne skurcze brzucha,płakałam non stop.Atak biegunki…koszmar.Na szczęście w chwilę potem udało się jakoś unormować sytuacje.Odrazu ktg,ponowna tabletka na zbicie ciśnienia i rozmowa.Teraz już kojażyłam co się dzieje i gdzie jestem.Nie wiem ile razy straciłam przytomnośc i na jak długo,to nie ważne,najważniejsze było uczucie ulgi i świadomości.Opowiedziałam położnej wszystko co się działo i co jadłam od wczoraj.Nie chciała mi z początku pow.jakie jest wysokie moje ciśnienie,dopiero od męża dowiedziałam się,że było ponad 170/130.Mąż został wysłany po wodę a ja podczas każdego ataku byłam tulona i głaskana po głowie przez położną.Odgarniała mi włosy i przecierała twarz wilgotnym ręcznikiem.Nadal ryczałam,bałam się o malutką,nie wiedziałam czy faktycznie to są skurcze macicy czy żołądka. Jednym słowem katastrofa.Udało się opanować sytacje na tyle aby zapis ktg pokazał w miarę normalny zapis i mógł mnie zbadać lekarz.Najprawdopodobniej zaraziłam się rotawirosem,którym poczęstował mnie chrześniak,bardzo odwodniłam się i nerki po 5 godzinach zbutnowały się.Zostałam na oddziale ale z racji wirusa przeniesiono mnie na ginekologie.Było mi wszystko jedno gdzie i jak,byle przeszło to cholerstwo.Dostałam full różnych środków,byłam tak słaba,że nawet nie mogłam dojść do toalety.Nie rozstając się na moment z nerką…Tak mi było wstyd…o 21 padłam z wycieńczenia albo po lekach na uspokojenie.Bogu dzięki całe cholerstwo przszło ok.1 w nocy i nareszcie mogłam się napić aż 1 łyka wody.I tak stopniowo,co obudziłam się to pozwolono mi robić po ax.5łyków wody.Po 5 rano dostałam 1 sucharka do zjedzenia i aż pół szkalanki wody.Umierałam z głodu.Na szczęście z każdą chwilą było już lepiej,pożnij już normalalnie mogłam pić a po południu zjadłam lekko strawny obiad.Ciągle jednak nie mogę zapomnieć tego okropnego strachu o dziecko.Wiem,że chociaż mąż starał się zrobić wszystko co mógł był totalnie przerażony.Pierwszy raz w życiu widziałam w Jego oczach,że nie wie co może zrobić.Tak bardzo bałam się,że dzieje się coś złego i nastąpi tragdia.Okropne i wtrętne myśli.Jestem w domu i tak bardzo cieszę się ze wszystkigo co mnie otacza,głaskam co chwilę brzuch i wyczówam ruchy,boję się porodu i tych wszystkich szpitalnych spraw.Ale muszę być twarda i silna,nie mogę dać się głupim myślom.Obserwuję cały swój organizm,co 2 godziny mierzę ciśninia.Dziś 37 tydzień więc jeszcze przynajmniej tydzień muszę wytrzymać.Myślę o tym ile moja dziewczynka przybierze przez ten czas i jak duża urośnie.O Boże żeby tylko w dniu porodu wszystko poszło dobrze.Nie chcę już żadnych,dodatowych ekscesów.Chcę spokoju.

Skurcze i krwawinie

Dziś zaczął się 11tydzień…niestety od wczoraj regularnie przeżywam stres jak cholera.Najpierw wiczorm,przy kolacji leżałam i jadłam kanapki gdy nagle na środku podbrzusza,mniej więcj na wysokości szyjki macicy poczułam tak ostre kłucie że aż zesztywniałam.Wystraszyłam się w pierwszym momencie nie widziałam co się dzieję,po ok.25-30min. znowu identyczne kłucie ponowiło się.To były skurcze a mi akurat skończyła się no-spa.Na szczęście do rana już nie pojawiły się a mi udało sie znaleść no-spe u teściowj i natychmiast ją zażyłam.Rozmawiałam z moją mamą która uspokoiła mnie że to były skurcze i że to jest normalne,jednak żebym znowu zaczeła zażywać no-spę i leżała.Jeśli nie daj Boże nasiliły by się natychmiast jechać do lekarza.Mało tego,musiałam iśc za potrzebą do toalety,ucieszyłam się bo tym razem wszystko gładko „poszło” biorąc pod uwagę wcześnijsze zaparcia.Jednak na papierze toaletowym zobaczyłam krew…serce mi staneło i nogi się ugieły,w muszli było pełno krwi.W panice zaczełam sprawdzać skąd ona wypływa modląc się w duchu.Wydwało mi się że jednak z odbytu.Pobiegłam po aplikator z luteiny i chyba z 10razy sprawdzałam jaki kolor ma wydzielina na nim.Bogu dzięki była czysta a ja dowiedziałam się że najprwadopodobniej przy wyprużnianiu się pękło bądż zostało rozcięte naczynko bądż ścianka i stąd krwawinie.Znowu podziękowania dla mojej mamy.Panikuje tym bardziej,że nigdy w 1 ciąży nic mi się nie działo,wtedy dosłownie bez żadnych objawów wszystko się odbyło a teraz cuda przez któr boję się jak cholera.Już naprawdę wolę leżeć plackiem w łóżku aby tylko nic się nie działo.Znowu boję się :( a męża omało nie przyprawiłam o zawał serca.

Usg – odklejająca się kosmówka…

Tak było piękni,jak w bajce…a teraz płaczę i czuję jak ten potworny strach paraliżuje mnie.Lekarz z Kliniki wykonał mi usg,potwierdził ciąże i uznano ją w sumie nie za3 tydzień ale za 5.Niestety zawsze musi iść za nami zmora,która podcina skrzydła…lekarz wykrył też krwiak tuż obok pęcherzyka ciążowego i najprawdopodobniej jest to odklejająca się kosmówka z krwiakiem…Poczułam się jakbym dostał jakiś straszny wyrok…Nadal chce mi się płakać…Sam pęcherzyk ciążowy jest prawidłowy i ma 1,4mm a krwiak aż 3,6mm.Mój lekarz zapisał mi nadal luteinę,dostałam zwiększoną dawkę kwasu foliowgo i femibion natal,kolejna wizyta 9.12.Mam się totalnie oszczdzać i leżeć w łózku.Tak bardzo boję się…..

[url=http://www.suwaczki.com/][img]http://www.suwaczki.com/tickers/p19ucsqvkm7ukks7.png[/img][/url]